
- Greenwashing, czyli pozorna ekologia
- Certyfikaty a normy – to nie to samo
- Naturalne czy tylko „pochodzenia naturalnego”
- Czytanie etykiet ICI i marketing
- Skład i bezpieczeństwo
- Środowisko i odpowiedzialna konsumpcja
- Sposób i częstotliwość stosowania
- Styl życia i podejście
- Od czego zacząć świadome dbanie o urodę/checlista
- Zapach kosmetyków
- Słowniczek
Coraz więcej mówi się dziś o uważności w życiu codziennym. A co z uważnością w pielęgnacji? Czy naprawdę zwracamy wystarczającą uwagę na to, co kupujemy? Czy wiemy, co tak naprawdę kryje się wewnątrz kuszącego opakowania kremu? Czy raczej dajemy się zmanipulować agresywnym marketingiem?
Ważne jest to, co jemy i pijemy, bo to również wpływa na wygląd skóry. Podobnie jak aktywność fizyczna, wypoczynek i sen. Regularne zabiegi zawsze są lepsze od doraźnych, bo działają długofalowo – a przecież o to nam chodzi: żeby wyglądać dobrze cały czas, a nie tylko od święta.
W przypadku kosmetyków, tak jak w produktach spożywczych, trzeba zwracać uwagę na skład. Powinien być możliwie prosty i pozbawiony zbędnej chemii. Trzeba jednak mieć świadomość, że niektóre składniki są niezbędne – między innymi po to, by ustabilizować składniki aktywne, wydłużyć czas przydatności produktu do użycia oraz chronić go przed psuciem i namnażaniem bakterii. Pomagają też łączyć wodę z tłuszczami, tworząc lekkie, „beztłuszczowe” w odczuciu formuły, które większość z nas lubi.
Czy zatem powszechnie wymieniane w sieci jako szkodliwe SLES-y, SLS-y, silikony, DHA czy PEG-i rzeczywiście nimi są? Istnieją normy, które nie pozwalają dopuszczać do obrotu produktów niebezpiecznych dla zdrowia. Zanim kosmetyk trafi na rynek europejski, musi przejść szereg badań – produkty mogące zaszkodzić nie są dopuszczane do sprzedaży. Mimo to wiele składników nadal budzi obawy i kontrowersje. Czy słusznie? Badania nad substancjami dopuszczanymi do obrotu wciąż trwają i co jakiś czas pojawiają się nowe informacje na ich temat. Nie opieram swoich poglądów na wpisach osób, które nie mają o tym pojęcia albo powielają zasłyszane w sieci hasła, niekoniecznie zgodne z prawdą i wynikami badań naukowych. Składniki o złej sławie – jak wymienione wyżej, a także konserwanty, barwniki, oleje mineralne czy silikony – nie zawsze są tak niebezpieczne, jak się je maluje. Jest pewnie wiele innych, o których obecnie się nie mówi – czy one są bezpieczne? Zawsze weryfikuje informacje na podstawie artykułów pisanych przez specjalistów w danej dziedzinie i zachowuj czujność oraz zdrowy rozsądek.
Niektóre składniki mogą powodować alergie, i to niekoniecznie te syntetyczne – nierzadko są to składniki naturalne! jak cynamon, kamfora, wyciągi z cytrusów, olejki eteryczne czy alkohol. Mogą działać na skórę zbyt agresywnie lub wywoływać reakcje tylko u niektórych osób. Możemy być uczuleni na składnik, z którego alergenem wcześniej się nie zetknęliśmy, a jego użycie może być nieprzyjemną niespodzianką niewynikającą wcale z kiepskiej jakości produktu.
Kosmetyki hipoalergiczne, zwane „aptecznymi” (bo najczęściej sprzedawane były w aptekach), to produkty o maksymalnie uproszczonym składzie, z którego eliminuje się substancje o znanym potencjale drażniącym lub uczulającym (m.in. kompozycje zapachowe, niektóre konserwanty i barwniki) – nie chodzi więc w nich o przewagę składników syntetycznych, lecz o ograniczenie liczby potencjalnych alergenów, niezależnie od ich pochodzenia. Mimo to również one mogą uczulić – eliminacja z ich składu substancji potencjalnie drażniących nie oznacza, że inny składnik na pewno nas nie uczuli.
Greenwashing, czyli pozorna ekologia
Warto mieć świadomość, że kosmetyki – podobnie jak żywność – podlegają trendom i modzie (przykładem są produkty wiralowe), ale przede wszystkim marketingowi, który co roku lub co kilka lat promuje „nowy”, super składnik. W jednym roku jest to masło shea, w innym resweratrol, śluz ślimaka czy olej z opuncji figowej – swoisty kosmetyczny „superfood”. Kupując reklamowane marki, w znacznej części płacimy nie za skład czy wysoką jakość, a za marketing, reklamę i opakowanie. Deklarowany składnik aktywny – glinka w maseczce, olej z opuncji figowej w kremie czy masło shea – to nierzadko ułamek procenta całego składu. Niemal w każdym kremie na czołowym miejscu listy INCI jest woda. Sama w sobie nie jest szkodliwa, ale w niektórych sytuacjach – zwłaszcza zimą, przy ujemnych temperaturach – produkty na bazie wody nie są najlepszym wyborem.
Greenwashing to praktyka kreowania fałszywego lub przesadzonego wrażenia „ekologiczności” produktu, marki czy firmy – po to, by przyciągnąć świadomych konsumentów, bez faktycznego pokrycia w składzie, procesie produkcji czy realnym wpływie na środowisko. Na co warto zwracać uwagę, by go rozpoznać:
- Puste hasła bez definicji prawnej – słowa „eco”, „green”, „bio”, „przyjazny naturze” na etykiecie same w sobie nic nie znaczą, jeśli nie są poparte konkretnym, sprawdzalnym certyfikatem lub danymi.
- Zielone opakowanie i kolorystyka – kraft, odcienie zieleni, liście czy motywy roślinne na etykiecie sugerują naturalność niezależnie od faktycznego składu.
- Jeden „bohater” składu – produkt reklamowany jest przez pryzmat jednego modnego, naturalnego składnika, podczas gdy reszta formuły to standardowa chemia, a sam „bohater” występuje w śladowej ilości.
- Selektywna prawda – firma chwali się np. brakiem jednego kontrowersyjnego składnika (np. „bez SLS”), przemilczając resztę mniej korzystnego składu.
- Niejasne lub niezweryfikowane deklaracje – „przebadane dermatologicznie”, „naturalne pochodzenie” bez wskazania, jaki to procent składu, czy „przyjazne dla planety” bez danych o opakowaniu, transporcie czy pozyskiwaniu surowców.
Dlatego uważność, o której piszę, to nie tylko czytanie składu, ale też pytanie: co dokładnie stoi za deklaracją na froncie opakowania? Czy jest ona poparta czymś więcej niż estetyką i sloganem?
Certyfikaty a normy – to nie to samo
W tym kontekście warto rozróżnić dwie rzeczy, które łatwo pomylić: normy prawne i certyfikaty.
Normy to obowiązkowe wymagania prawne, którym musi podlegać każdy kosmetyk wprowadzany do obrotu – w Unii Europejskiej reguluje to Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (WE) nr 1223/2009. Określa ono m.in. jakie substancje są zakazane lub ograniczone, jakie badania bezpieczeństwa musi przejść produkt, jak ma być oznakowany i kto odpowiada za jego bezpieczeństwo (tzw. osoba odpowiedzialna). Innymi słowy – każdy legalnie sprzedawany w UE kosmetyk, niezależnie od tego, czy jest „naturalny”, czy w pełni syntetyczny, musi spełniać te same minimalne wymagania bezpieczeństwa. Sam fakt, że produkt jest dopuszczony do sprzedaży, już świadczy o spełnieniu norm.
Certyfikaty to natomiast coś zupełnie innego – to dobrowolne oznaczenia przyznawane przez niezależne, prywatne organizacje (np. Ecocert, COSMOS, NaTrue, Cruelty Free International/Leaping Bunny, USDA Organic), które weryfikują dodatkowe kryteria, wykraczające poza obowiązek prawny: udział składników naturalnych lub organicznych, sposób ich pozyskiwania, brak testów na zwierzętach, biodegradowalność opakowań czy ograniczenia w stosowaniu konkretnych grup surowców. Firma decyduje się na certyfikację dobrowolnie, zwykle płacąc za audyt i licencję na używanie logo.
Co z tego wynika w praktyce?
- Brak certyfikatu nie oznacza złej jakości – wiele świetnych, naturalnych marek, zwłaszcza małych i rzemieślniczych, po prostu nie stać na kosztowny proces certyfikacji, choć ich skład mógłby spełniać jego wymagania.
- Certyfikat nie jest gwarancją tego, co konsument sobie wyobraża – np. certyfikat „organic” czy „natural” nie oznacza, że produkt jest w 100% naturalny; różne organizacje mają różne progi procentowe (często 95–100% składników pochodzenia naturalnego, ale nie zawsze całej formuły).
- Certyfikaty różnią się rygorem – warto sprawdzić, jaka organizacja stoi za danym logo i jakie realnie są jej kryteria, zamiast ufać samemu symbolowi na oko.
- Certyfikat to nadal deklaracja marketingowa, choć zweryfikowana przez stronę trzecią – to więcej niż puste hasło, ale nie zastępuje własnej uważności przy czytaniu składu.
Naturalne czy tylko „pochodzenia naturalnego”
To jedno z najczęściej mylonych rozróżnień na etykietach kosmetyków – i jeden z ulubionych zabiegów marketingu.
Składnik naturalny to taki, który został pozyskany z natury (rośliny, minerału, wody) i poddany wyłącznie prostym procesom fizycznym – takim jak tłoczenie na zimno, suszenie, destylacja parą wodną czy filtracja – bez istotnej zmiany jego struktury chemicznej. Przykłady to olej arganowy tłoczony na zimno, hydrolat z róży, glinka kaolinowa czy masło shea w formie surowej.
Składnik pochodzenia naturalnego (ang. naturally derived) to inna kategoria – substancja, która wyjściowo pochodzi z surowca naturalnego (np. z oleju kokosowego czy trzciny cukrowej), ale została poddana przekształceniu chemicznemu, by uzyskać zupełnie inną strukturę i funkcję (np. emulgator, substancję pieniącą czy konserwant). Efekt końcowy jest bardzo daleki od wyjściowej rośliny – to pełnoprawny związek chemiczny, tyle że jego „rodowód” zaczął się w naturze. Dobrym przykładem jest wspomniany wcześniej SLES (sodium laureth sulfate) – powstaje z oleju kokosowego lub palmowego, ale w wyniku przetworzenia chemicznego staje się substancją syntetyczną w swojej finalnej formie.
To rozróżnienie ma znaczenie, bo etykieta „naturalne pochodzenie” brzmi niemal identycznie jak „naturalny”, a w rzeczywistości mówi o czymś zupełnie innym – o punkcie startowym surowca, a nie o charakterze gotowego składnika. Firmy chętnie korzystają z tej niejednoznaczności językowej, bo słowo „naturalny” lepiej się sprzedaje. Dlatego warto:
- Sprawdzać nie tylko hasła na opakowaniu, ale listę INCI – im bardziej skomplikowana i „chemiczna” nazwa, tym bardziej prawdopodobne, że mamy do czynienia z przetworzonym pochodnym składnikiem, niezależnie od jego surowcowego rodowodu.
- Pamiętać, że przetworzenie chemiczne samo w sobie nie oznacza, że składnik jest szkodliwy – wiele substancji pochodzenia naturalnego jest dobrze przebadanych i bezpiecznych, po prostu nie są już „naturalne” w dosłownym sensie.
- Nie utożsamiać „100% naturalne” z „w 100% bezpieczne” – jak pisałam wyżej, to właśnie wśród składników naturalnych (olejki eteryczne, cytrusy, przyprawy) zdarza się sporo silnych alergenów.
Warto też wiedzieć, że złowrogo brzmiące nazwy chemiczne bywają w pełni naturalne i nieszkodliwe – jak linalol czy geraniol, organiczne związki chemiczne naturalnie występujące w roślinach, będące składnikami olejków eterycznych. Skomplikowana nazwa łacińska na liście INCI to nie zawsze sygnał alarmowy.
Czytanie etykiet ICI i marketing
- Clean beauty – kolejne modne hasło bez jednej, prawnej definicji. Jedna marka rozumie przez nie „bez parabenów”, inna „bez syntetyków” – zawsze warto sprawdzić, co konkretnie firma ma na myśli, zamiast ufać samej etykiecie.
- Kolejność składników na liście INCI – składniki wymienia się od największego do najmniejszego udziału w formule. Jeśli modny olej roślinny jest na końcu listy, jego realne działanie będzie znikome, nawet jeśli dominuje na opakowaniu*.
- Vegan a cruelty-free – to nie synonimy. „Vegan” oznacza brak składników odzwierzęcych w formule, „cruelty-free” – brak testów na zwierzętach. Produkt może być wegański, ale wciąż testowany na zwierzętach (lub odwrotnie).
Skład i bezpieczeństwo
- Konserwanty – kosmetyk reklamowany jako „bez konserwantów” jeśli faktycznie ich nie posiada może być mniej bezpieczny niż z nimi – bez ochrony przed bakteriami i pleśnią jego trwałość po otwarciu będzie bardzo krótka, zwłaszcza w wilgotnej łazience.
- Filtry UV: mineralne vs chemiczne – filtry mineralne (tlenek cynku, dwutlenek tytanu) działają jak fizyczna bariera na powierzchni skóry, chemiczne wnikają w naskórek i pochłaniają promieniowanie. Obie grupy są dopuszczone i przebadane – wybór to często kwestia tekstury i tolerancji skóry, nie bezpieczeństwa**
- Mikrobiom skóry – skóra ma własną, naturalną florę bakteryjną, która ją chroni. Zbyt agresywne oczyszczanie i produkty antybakteryjne stosowane „na zapas” mogą ją zaburzać i osłabiać naturalną barierę ochronną.
Środowisko i odpowiedzialna konsumpcja
- Mikroplastik w kosmetykach – drobinki w peelingach czy niektóre polimery filmotwórcze trafiają do wód i nie ulegają biodegradacji. To jeden z częstych, choć rzadko nagłaśnianych, tematów przy okazji greenwashingu.
- Zero waste i opakowania – refille, opakowania biodegradowalne czy szklane to realny krok w stronę mniejszego śladu środowiskowego – ale samo „eko” opakowanie nie oznacza automatycznie, że sam produkt w środku jest naturalny czy bezpieczny.
- Olej palmowy – częsty, tani surowiec „pochodzenia naturalnego” w wielu kosmetykach, powiązany z wylesianiem. Certyfikat RSPO (zrównoważona uprawa) nie rozwiązuje problemu w 100%, ale ogranicza go – warto go szukać na etykiecie.
**Zakazane filtry UV– w niektórych krajach (Palau, Hawaje, Wyspy Dziewicze USA, Aruba, Bonaire, Meksyk,Tajlandia-wybrzeże, zakazano sprzedaży kosmetyków z filtrem UV lub je ograniczono wynika to głównie z obawy o rafy koralowe. Chodzi głównie o dwie substancje — oksybenzon (benzofenon-3) i oktinoksat, czasem też oktokrylen i butyloparaben. Naukowcy wykazali, że stężenie oksybenzonu na poziomie 0,14 mg/l wystarczy, aby zabić 50% rafy koralowej w ciągu 24 godzin — substancje te uszkadzają DNA koralowców, zaburzają ich rozwój i przyczyniają się do blaknięcia raf.
Sposób i częstotliwość stosowania
Sposób i czas i częstotliwość stosowania kosmetyków mają duże znaczenie. W nocy skóra najlepiej się regeneruje – istnieje cała gama produktów dedykowanych nocnej pielęgnacji, których zadaniem jest ją odżywić. W nocy odpoczywamy też od makijażu, jeśli go nosimy. Zbyt częsta lub zbyt intensywna pielęgnacja może nie być korzystna, a nawet zaburzyć naturalny proces regeneracji skóry, którą można „przetrenować” (masaż) lub „przekarmić” (kremy, serum, maseczki). Dzieje się tak, gdy stosujemy zbyt dużo produktu nieadekwatnie do potrzeb – zbyt obficie lub zbyt często. Z praktyki branżowej – obserwacji fryzjerów i trychologów – wynika, że najczęściej dotyczy to szamponów i odżywek do włosów, które bywają nakładane zbyt obficie i zbyt często. Podobnie jest z produktami złuszczającymi – peeling. Niestety nierzadko na opakowaniu w części „sposób użycia” zaleca się stosowanie dwa razy w tygodniu, a nawet codziennie – z moich obserwacji i praktyki wynika, że to zdecydowanie za często. Poza tym peeling z drobinkami twardego orzecha lub pumeksu może doprowadzić do mikrouszkodzzeń skóry niewidocznych gołym okiem. Amerykańska Akademia Dermatologii (AAD) w swoich oficjalnych wytycznych nie podaje jednej sztywnej częstotliwości, ale jest w tej kwestii jednoznaczna: im bardziej intensywna metoda złuszczania, tym rzadziej powinna być stosowana, a przy skórze suchej, wrażliwej lub trądzikowej rekomenduje zaczynanie od najłagodniejszych wariantów i baczną obserwację reakcji skóry, by uniknąć podrażnienia i przesuszenia. Warto zawsze kierować się aktualnymi potrzebami skóry i porą roku. Także masaż powinien być wykonywany umiejętnie i delikatnie, z zachowaniem pewnych zasad i budowy twarzy i ciała.
Styl życia i podejście
- Skinimalizm – przeciwieństwo rozbudowanych, kilkunastostopniowych rutyn – kilka dobrze dobranych produktów zamiast wielu warstw. Mniej znaczy tu często więcej, także dla samej skóry.
- Nutrikosmetyki – suplementy i dieta wspierające urodę od wewnątrz (kolagen, biotyna, kwasy omega). Mogą uzupełniać pielęgnację zewnętrzną, ale nie zastąpią jej ani nie działają „od razu” – efekty widać zwykle po tygodniach regularnego stosowania.
- DIY kosmetyki domowe – domowe maseczki to dobry, prosty start, ale przy bardziej złożonych recepturach jak krem czy sera trzeba uważać na proporcje zwłaszcza olejków eterycznych (ryzyko podrażnień) oraz brak konserwacji, który znacznie skraca trwałość produktu. Poza tym trzeba posiadać pewną wiedzę i niezbędne narzędzia.
Od czego zacząć świadome dbanie o urodę/checlista
- Bądź przede wszystkim uważna i czujna. Zwracaj uwagę, co Ci służy, co uczula, a co nie współgra ze skórą.
- Zrób przegląd swojej kosmetycznej półki i sprawdź, czego naprawdę używasz, a co tylko tam leży. Rzeczy nieużywanych nie musisz od razu wyrzucać – sam przegląd pomoże zweryfikować, co kupujesz i ile na to wydajesz. Wiele osób kupuje kosmetyki impulsywnie, pod wpływem reklamy lub nastroju, przez co często mamy ich zbyt wiele.
- Kupuj kilka, ale dobrze dobranych kosmetyków o prostym i możliwie naturalnym składzie. Doskonałe są produkty, które można stosować na wiele sposobów – na ciało, włosy czy jako bazę przykładowo oleje kosmetyczne.
- Postaw na dobrą jakość, nie na cenę. Wysoka cena nie zawsze oznacza wysoką jakość, a niska – wcale nie musi oznaczać produktu gorszego. Na cenę wpływa też marketing i atrakcyjne opakowanie.
- Obserwuj swoją skórę – jak reaguje na to, co jej dajesz z zewnątrz i co jesz. Zmiana nawyków żywieniowych często przekłada się na wygląd włosów, skóry i paznokci.
- Zawsze zwracaj uwagę na skład. Nie musisz znać całej listy INCI na pamięć – wystarczy, że rozpoznasz te składniki, które mogą uczulać, i te, które są rzeczywiście szkodliwe, co potwierdzają badania naukowe. Pamiętaj też, że złowrogo brzmiąca nazwa może być w pełni naturalna i bezpieczna.
- Częstotliwość stosowania to sprawa indywidualna. To, że na opakowaniu napisano „codziennie”, nie znaczy, że trzeba się tego trzymać – warto zweryfikować to w praktyce, bo więcej i częściej nie zawsze znaczy lepiej.
- Każda pora roku to inne wyzwanie. Latem skórę trzeba nawilżać, zimą – dodatkowo natłuszczać, zwłaszcza przy niskich temperaturach (do tego służą kremy bez wody lub emolienty zapobiegające utracie wody z głębszych warstw skóry). Jesienią i wiosną chroń skórę przed wiatrem, który – podobnie jak mocne słońce – ją wysusza.
- To, co sprawdza się na Twojej skórze latem, niekoniecznie sprawdzi się zimą – bierz poprawkę na porę roku. Pamiętaj że każda skóra jest inna i to co sprawdzi się u koleżanki to niekoniecznie u Ciebie.
- Nie przekraczaj terminu ważności produktu, nawet jeśli opakowanie nie jest skończone i uważaj, gdzie go przechowujesz. Wilgoć (przy produktach sypkich), zbyt wysoka temperatura czy nasłonecznione miejsce mogą sprawić, że produkt się zepsuje – dotyczy to zwłaszcza kremów z filtrem, które po użyciu zostają na słońcu.
- Zwracaj uwagę na oznaczenia na opakowaniu, takie jak symbol PAO (Period After Opening) czy certyfikaty.
Zapach kosmetyków
Pozostaje jeszcze kwestia zapachu, który nie zawsze nam odpowiada. Znam osoby, które nie lubią zapachowych kremów czy mydeł – zdarza się, że sam zapach zniechęca do produktu, mimo jego dobrego składu i działania. Ja tak miałam z kosmetykami do włosów. Dobry skład nie zawsze idzie w parze z zapachem, który nam odpowiada. Wybierając produkt, warto pamiętać, że kompozycja zapachowa, oznaczona w składzie jako „parfum/fragrance”, może – ale nie musi – nas uczulić.
Warto czytać i poszerzać swoją wiedzę o produktach, których używamy na co dzień, bo wpływa to nie tylko na wygląd, ale przede wszystkim na zdrowie. Zachęcam do aktywnego, a przede wszystkim świadomego dbania o urodę.
* Zasada ta dotyczy jednak tylko składników w stężeniu powyżej 1% – wszystko poniżej tego progu (np. wyciągi roślinne, kompozycje zapachowe, wiele konserwantów) może być wymienione w dowolnej kolejności, więc niska pozycja na liście nie zawsze oznacza znikomą zawartość.[1]
Słowniczek
SLS – Sodium Lauryl Sulfate, substancja powierzchniowo czynna o właściwościach myjących, pianotwórczych i emulgujących. Może działać drażniąco na skórę i oczy, ale głównie w wysokim stężeniu i przy długotrwałym kontakcie ze skórą.
SLES – Sodium Laureth Sulfate, substancja powierzchniowo czynna o podobnych właściwościach do SLS. Działanie drażniące SLES i innych składników z grupy siarczanów alkoholi tłuszczowych jest znacznie słabsze.
Silikony – grupa syntetycznych polimerów krzemoorganicznych. Pełnią funkcję emolientów – tworzą na powierzchni skóry i włosów film ograniczający utratę wody. Nie wykazują właściwości drażniących ani alergizujących i nie są komedogenne.
PEG-i – glikole polietylenowe, syntetyczne polimery pełniące w kosmetykach wiele funkcji (emulgatora, solubilizatora, humektantu itd.); stosowane również w przemyśle farmaceutycznym.
PAO (Period After Opening) – symbol otwartego słoiczka informujący, jak długo od otwarcia opakowania i pierwszego użycia produkt może być bezpiecznie stosowany. Pod symbolem podana jest liczba miesięcy, np. 3M, 6M, 24M.
Greenwashing – praktyka kreowania fałszywego lub przesadzonego wrażenia ekologiczności produktu, marki lub firmy, bez rzeczywistego pokrycia w składzie, procesie produkcji czy realnym wpływie na środowisko.
Norma (prawna) – obowiązkowe wymaganie regulowane przepisami prawa (w UE: Rozporządzenie WE nr 1223/2009), którym musi podlegać każdy kosmetyk wprowadzany do obrotu, niezależnie od jego składu czy marki.
Certyfikat – dobrowolne oznaczenie przyznawane przez niezależną organizację (np. Ecocert, COSMOS, NaTrue, Cruelty Free International), potwierdzające spełnienie dodatkowych, wykraczających poza prawo kryteriów – np. udziału składników naturalnych, sposobu ich pozyskiwania czy braku testów na zwierzętach.
Składnik naturalny – pozyskany z natury i poddany wyłącznie prostym procesom fizycznym (tłoczenie, suszenie, destylacja, filtracja), bez istotnej zmiany struktury chemicznej.
Składnik pochodzenia naturalnego (naturally derived) – substancja, która wyjściowo pochodzi z surowca naturalnego, ale została przekształcona chemicznie w związek o innej strukturze i funkcji niż surowiec wyjściowy.
[1]Art. 19 ust. 1 lit. g) Rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (WE) nr 1223/2009 z dnia 30 listopada 2009 r. dotyczącego produktów kosmetycznych. Przepis ten nakłada obowiązek umieszczenia na opakowaniu wykazu składników w kolejności malejącej wagi w momencie ich dodania do produktu, z zastrzeżeniem, że składniki w stężeniu poniżej 1% mogą być wymienione w dowolnej kolejności po składnikach głównych.